Kampania Magdaleny Ogórek jest dobra. Dlaczego więc sondaże są słabe?

Śledząc medialne doniesienia ciężko oprzeć się wrażeniu, że kampania Magdaleny Ogórek oceniana jest źle, a nawet bardzo źle. Tymczasem w mojej opinii jest dokładnie odwrotnie. Kandydatka SLD kampanię ma dobrą. Problemy, które powodują słabe wyniki sondażowe leżą gdzie indziej.

Zacznijmy od początku, czyli skąd się wzięła Magdalena Ogórek?
Jakie drogi rozwoju, a w zasadzie walki o przetrwanie, ma SLD obecnie do wyboru? Pierwsza, realizowana dotąd przez Sojusz, polega na pozostawaniu w głównym nurcie polskiej polityki. SLD robi to nieprzerwanie od wyborów w 2011, m.in. poprzez przekonywanie Polaków, że jest partią racjonalną, rozważną, na której można polegać, w przeciwieństwie do zmieniającego co chwilę priorytety „Twojego Ruchu Palikota”. Niestety wyborcy takiego SLD nie potrzebują. Od 2011 sondaże wahają się w okolicach 10%, z tendencją raczej spadkową w stronę 5%, niż zwyżkową w stronę 15%, nie mówiąc nawet o 20%. Na drodze głównego nurtu praktycznie jedyną nadzieją dla SLD jest więc to, że Platforma Obywatelska po wyborach parlamentarnych z konieczności doprosi Sojusz do rządzącej koalicji, co pozwoli na odbudowę partii i poparcia. Niezbyt kusząca wizja bycia przystawką.


Pewnie jednak SLD dalej podążałby tą drogą, gdyby nie to, że żaden z polityków tej formacji nie bardzo chciał stanąć do wyborów prezydenckich. Leszek Miller, Ryszard Kalisz, czy Wojciech Olejniczak nie mieli ochoty psuć sobie politycznej biografii kiepskim wynikiem, na który kandydat Sojuszu był w zasadzie skazany. Wtedy najpewniej Leszek Miller wymyślił salomonowe rozwiązanie – test alternatywnej strategii rozwoju partii czyli kierunku antysystemowego. Skoro w 2011 pokonał SLD antysystemowy Palikot, a do Europarlamentu w 2014 wszedł antysystemowy Korwin, to dlaczego by nie spróbować takiej drogi, zwłaszcza że w wyborach prezydenckich, Sojusz i tak nie miał szans wygrać, ani nawet wprowadzić swego człowieka do drugiej tury. Potrzeba było tylko dobrego kandydata i tutaj pojawiła się Magdalena Ogórek.

Młoda, piękna, świetnie wykształcona, z epizodem w "TVN Biznes i Świat", a więc z potencjałem na pewną przychylność mediów głównego nurtu. Lekko związana z SLD, ale nie mogąca uchodzić za polityka tej formacji. Brak silnych związków z Sojuszem to ważny atut. W razie porażki odium spadnie na kandydatkę, w razie zwycięstwa tj. dobrego wyniku Leszek Miller odbierać będzie gratulacje, a SLD zyska kilka punktów w sondażach i perspektywę przejęcia na stałe wyborców antysystemowej lewicy. Wystarczyło uzbroić kandydatkę w antysystemowe hasła, środki na kampanię oraz sztab i wielki test można było uznać za rozpoczęty.

Dobre hasło, dobry spot, niezła kampania
Na początku wszystko wyglądało dobrze. Hasło „Polska od nowa” jest w mojej opinii jednym z lepszych w tej kampanii. Jest proste, chwytliwe i niesie ogólny, ale jasny i zdecydowany przekaz - ten bałagan trzeba poukładać od początku. Rozwinięciem hasła był bardzo przyzwoity spot. Wyborcy dowiadywali się z niego, że należy od nowa napisać prawo m.in. podatkowe, tak by państwo pomagało nie zagranicznym koncernom, ale polskim firmom oraz zachęcało młodych ludzi by zaczynali od nowa, tutaj w Polsce, a nie wyjeżdżali za granicę.

Wielu komentatorów szydziło z nagrania dot. wojskowości:

Kandydatka SLD miała na nim wypaść sztucznie i mówić głosem jak z syntezatora mowy. Prawdę mówiąc nie bardzo widzę, w czym produkcja sztabu Ogórek jest gorsza od np. tego klipu Andrzeja Dudy.

Kandydat ubrany na czarno, w ciemnym pokoju, lekko przygarbiony, przez kilka minut niezbyt sprawnie klaruje oczywistą sprawę podpierając się lichymi animacjami. To ja już wolę klip Magdaleny Ogórek. Obie produkcje są przeciętne, ale w sztabie SLD ktoś przynajmniej zadał sobie trud by kandydatka nie zlewała się z tłem. Takie videoblogi umieszcza się w sieci nie po to, by budziły zachwyt, ale po to, by pokazać, że kandydat ma poglądy na dany temat. Nie przesadzajmy więc w surowych ocenach. Spójrzmy na kampanię Magdaleny Ogórek obiektywnie. Dojdziemy wtedy do wniosku, że nie odstaje ona od tej prowadzonej przez pozostałych kandydatów.

Jedynym poważnym błędem, który popełnili sztabowcy Magdaleny Ogórek była ryzykowna, ale do pewnego momentu uzasadniona decyzja o niechodzeniu kandydatki do mediów. Zapewne w ten sposób marketingowcy Magdaleny Ogórek chcieli umocnić jej antysystemowy wizerunek i zapobiec powstaniu opinii w stylu „no tak, pani prowadząca program w TVN teraz rozmawia sobie miło z kolegami z pracy”. Bardzo prawdopodobne, że istniały poważne obawy, czy Magdalena Ogórek wytrzyma magiel, jaki zafundować jej mogła np. Monika Olejnik. Całkiem możliwe także, że kandydatka nie była wtedy po prostu przygotowana do rozmów z dziennikarzami. Wkroczyła przecież do wielkiej polityki z marszu. Myślę, że gdyby w tej roli postawić z dnia na dzień, a tak stało się w wypadku Magdaleny Ogórek, szeregowego posła którejkolwiek z partii, to unikałby mediów podobnie jak ona. Braki trzeba jednak szybko nadrabiać. I tego niestety zabrakło. Występy w mediach Magdaleny Ogórek były spóźnione, chociaż np. ten w „Faktach po Faktach” u Grzegorza Kajdanowicza we wtorek 28.04 był znakomity. Wyborcy mieli okazję zobaczyć kandydatkę świetnie przygotowaną, konkretną, pewną siebie. Jednakże wywiad ten zobaczyła garstka zainteresowanych polityką. W świecie przeciętnego wyborcy zdążył już utrwalić się wizerunek Magdaleny Ogórek jako niekompetentnej, bo nie rozmawia z mediami.

Poza tym błędem i kilkoma drobiazgami typu przyłapanie przez media na odpowiadaniu na wiele pytań „trzeba rozmawiać”, jak „pomidor” w popularnej kiedyś wśród dzieci zabawie, czy przerywaniu przemówienia kandydatki przez działaczy brawami co trzy słowa, kampania Magdaleny Ogórek prowadzona była dobrze. Pamiętajmy też, że kandydatka uniknęła poważnych wpadek. Nie chodziła po krzesłach w Japonii, nie zmieniała poglądów ws. in-vitro kilka razy w ciągu paru miesięcy, nie wołała do Leszka Millera "szogunie", nie mówiła o strzelaniu do górników...

Niezła kampania napotkała jednak na trzy poważne trudności, których nie można było uniknąć.

Skoro było tak dobrze, dlaczego jest tak źle?
Po pierwsze, do tych wyborów stanęło bardzo wielu kandydatów antysystemowych. Oprócz spodziewanych, czyli Janusza Palikota, Janusza Korwin-Mikkego i Mariana Kowalskiego doszli jeszcze Paweł Kukiz, Jacek Wilk, Grzegorz Braun, Paweł Tanajno oraz zadziwiająco krytyczny wobec polityki PO-PSL Adam Jarubas. Tort złożony z antysystemowych wyborców nie jest zbyt duży, a chętnych do jego skonsumowania było wielu. Pamiętajmy też, że na początku w wyścigu brały też udział Wanda Nowicka oraz Anna Grodzka i tu dochodzimy do drugiego problemu kampanii Magdaleny Ogórek, którego nie można było uniknąć.

Kandydatka SLD spotkała się z nieżyczliwym przyjęciem rzeszy lewicowych polityków, co ważne obu płci, którzy sami nie chcieli podjąć rękawicy, którym jej podjęcia nikt nie zaproponował, lub którzy sami nieudolnie próbowali ją podjąć. Na marginesie można odnotować, że wielce interesującym było obserwowanie pań polityk, które bardzo dużo mówią o konieczności promocji kobiet w polityce, ale akurat w przypadku Magdaleny Ogórek jakoś nie wykazywały entuzjazmu i lawirowały jak mogły, by krew z świeżo upieczonej kandydatki Sojuszu wypić, a dziurki nie zostawić. W każdym razie na przychylność na szeroko rozumianej lewicy i wśród feministek Magdalena Ogórek nie miała co liczyć.

Trzecim problemem kampanii kandydatki SLD, którego nie można było ominąć, było… samo SLD, czyli partia która ją do wyborów wystawiła. To, że Magdalena Ogórek to test na skuteczność i perspektywy nowej, antysystemowej linii partii, wiedział pewnie Leszek Miller i grono wtajemniczonych w partyjnej centrali. Wiedzy tej w ogóle nie posiadły struktury terenowe, stąd działacze średnio zaangażowali się w kampanię, a przy pierwszych słabych sondażach mniej lub bardziej znani politycy zaczęli kwestionować sens wystawienia Magdaleny Ogórek. Działacze Sojuszu najpewniej domyślają się wprawdzie, że przyszłością SLD jest prędzej ona, niż krytykujący kampanię Czesław Cyrul, ale przyszłość przyszłością, a wybory już jesienią, tymczasem w sondażach SLD zdarza się już wyprzedzać Korwin-Mikkemu. Nie wszyscy działacze utrzymali więc nerwy na wodzy. Jedni pewnie nie wiedzieli o prowadzonym przez centralę eksperymencie, inni chcieli coś na słabych notowaniach kandydatki ugrać. Bez względu na motywy, niepokorni działacze Sojuszu stworzyli wrażenie, że SLD nie popiera własnej kandydatki, co dało pożywkę niezbyt przychylnym Ogórek na tym etapie zmagań mediom oraz zdemobilizowało i tak słabo zmobilizowane struktury.

Przyczyną słabych notowań kandydatki nie jest więc źle prowadzona kampania, ale mnogość kandydatów antysystemowych, brak poparcia na lewicy pełnej polityków i pań polityk o niespełnionych ambicjach oraz niewystarczające wsparcie w samym Sojuszu.
Trwa ładowanie komentarzy...